Z powodu braku gwoździa upadło Królestwo, z powodu nadmiaru wkrętów iceteajunkie stracił samochód.
Najpierw samochód raczył uprzejmie zabrzęczeć. Spadek ciśnienia w oponie. Okay, zjedźmy na bok. Hm, nie wygląda jakoś szczególnie źle… ale faktycznie, przednia lewa trochę taka… naleśnikowata.
Po dopompowaniu koło zaczęło wydawać z siebie radosne “fssssssst!”. W tym momencie nie był już potrzebny żaden czujnik, problem stał się słyszalny gołym uchem. Sęk jeno w tym, że w samochodzie nie ma zapasu… Sprawdziłem wszystkie miejsca które przyszły mi do głowy, opony brak. W tył zwrot, na kwaterę jazd. Powolutku doturlałem się do mieszkania, zadzwoniłem do firmy wynajmującej mi samochód. Zaraz ktoś przyjedzie? Super. W międzyczasie wyturlałem samochód z garażu na ulicę, i dokładniej obejrzałem oponę. Co my tu mamy…
Piekny wkręt, prawda? Opona po wyjęciu rzeczonego powiedziała już pełnym głosem “PFFFFFFF!”, ale na pewnym etapie zatrzymała się — widać dziura nie była taka wielka.
Przez okno zauważyłem że człowiek przyjechał i zabrał się do roboty. Zdążyłem wyjść z mieszkania, a już go nie było. Opona dalej płaska. Co do diabła…? Telefon do wypożyczalni, bla, bla, bla, nie wiedział że nie ma zapasu. Rozumiem że przeniknął samochód rentgenowskim wzrokiem? :D Inna sprawa że o braku zapasu powiedziałem ludkowi w wypożyczalni na samym początku. No ale zaczekajmy.
Przyjechała laweta, facet popatrzył, podumał, po czym oznajmił że będzie musiał odholować, mogę się z nim zabrać i wybrać sobie nowy samochód. Ooookay. Niecałe półtorej godziny później dotarliśmy w końcu do wypożyczalni która miała na stanie coś pasującego do mojej rezerwacji. Tym razem Toyota Camry, ponoć z 2008. Stan licznika adekwatny. Oczywiście też automat. No dobra, regulacja wszystkiego co trzeba i w drogę.
Finał tego pięknego dnia następuje wieczorem.
Ni stąd ni zowąd w lusterku pojawia mi się policyjny kogut. Chyba trzeba zjechać na bok… Zjechałem, zatrzymałem się, oni zapalili koszmarnie mocne światła. Czekam. Czekam. I nic.
I tu następuje problematyczny kawałek. Za mało filmów amerykańskich obejrzałem najwyraźniej. Wysiadłem z samochodu.
Co gorsza, jadące samochody generowały spory szum, więc nie słyszałem co tam do mnie krzyczą z radiowozu. Podszedłem bliżej i od razu usłyszałem: “Wracaj do samochodu!!!”. No dobra, nie będę przecież dyskutował z kimś kogo nie widzę. Wróciłem. “I drzwi zamknij!”.
Potem już było z górki, zdziwienie odnośnie braku dokumentów, zdziwienie odnośnie prawa jazdy, itede, itepe. A dlaczego cała sprawa? Ano bez świateł jechałem — najwyraźniej “AUTO” u Toyoty to co innego niż “AUTO” u BMW. A że drogi dobrze oświetlone to i nie zauważyłem…
Summa summarum, skończyło się dobrze — pani policjant była na tyle miła że nie wystawiła mi mandatu, tylko poprosiła bym raczej jeździł ze światłami. Dodała też, że na przyszłość, jeżeli zatrzyma mnie policja, to lepiej żebym z samochodu nie wychodził, bo jest to odbierane jako niecne zamiary. I może przynieść konkretne i niemiłe konsekwencje. No tak, przecież tu broń można nosić… Ciekawe po ilu krokach zaczęli by strzelać.
Później sobie poszukałem zasad obowiązujących w tego typu sytuacjach, i faktycznie, wychodzi na to że policja tutaj ma nieciekawe doświadczenia z bronią u kierowców, stąd takie podejście. Ba, w .pl też ponoć tak przepisy wyglądają, nie wychodzić. Tylko do tej pory jeszcze nikt się nie burzył w tego typ sytuacjach :D