Boli. Coś nowego, zawsze problemy były z prawą. Podejrzewam że to wynik połączenia DDRa z codziennym przemierzaniem ~3km z/do DARTa. Nie, to nie oznacza że szalałem jak szatan na DDRze, po prostu jak człowiek się dawno nie ruszał, to mięśnie adekwatne po rozruszaniu bolą. Zawsze. Nieprzyjemne w każdym razie.
Każdy szanujący się pracownik firmy prędzej czy później pisze o jedzeniu. No to ja też napiszę. W naszym biurze są dwie stołówki – po jednej na każdy budynek. Jedna większa, druga mniejsza. Mniejsza nie ma tak dużego wyboru, ale za to ma grille do kanapek, no i oczywiście sushi! Ale niezależnie od tego, stołówki są mega, a oto dlaczego:
- Do wyboru, do koloru, “głównych” dań codziennie znajdzie się z 5 różnych. Przy czym część jest prezentowana w cyklu “Z garnkiem dookoła świata”, czyli potrawy z danego rejonu globu. Dnia “polskiego” jeszcze nie widziałem, będzie bigos, schabowy i kopytka? :) Inna sprawa że to potrafi być nieco niebezpieczne, bo nakłada sobie człowiek czegoś co wygląda jak fasolka, a okazuje się to być skomplikowaną potrawą Indian Hopi z mąki i insektów. Niekiedy bywa zdradliwie. Niekiedy z kolei – obrzydliwie ale smakowicie.
- Własnoręczne nakładanie – to daje baaaardzo duże możliwości wyboru. Dzięki temu mogę mieć obiad dosyć fantazyjnie skomponowany, i mam tu raczej na myśli różnorodność kombinacji, a nie podejście brute-force w stylu “nałożymy wszystkiego po łyżce…”. Najbardziej oczywisty zysk? Obiad zawierający zarówno rybę jak i mięso!
- Zupa. Tak, tu nie ma wyboru – jest jedna! Oburzające, prawda? :P
- Bar sałatkowy – dużo różnych różności, z czego moim osobistym faworytem są krewetki oraz taka zabawna mieszanina sera z minipomidorami. Dobre do każdego dania. I sos. I oliwki. I pieczarki. I sery. I ryby. I…
- Sushi (przecież to jest oczywiste, prawda?). Powiedzmy sobie szczerze, Sakana to to nie jest, ale i tak imponująco. Mniej więcej pięć, sześć różnych rodzajów, maki, nigiri, california, czasami jakiś fikuśny konstrukt — np. kulki ryżowe z macką na czubku, albo kieszonki z ikrą. Staram się jak mogę by nie było to podstawą każdego mojego posiłku, ale przecież te pojemniczki “na później” stojące obok sushi aż się proszą o wypełnienie. Oczywiście pałeczki, wasabi i gari też są. I dwa rodzaje sosu sojowego…
- Bar kanapkowy. Kilka takich grilli, buły, zawartość do buł. Skorzystałem tylko raz, chyba wrodzone lenistwo nie pozwala mi czekać zbyt długo na jedzenie.
- Napoje. Rozmaite, ale największą miłością darzę automat przerabiający pomarańcze na sok. Bierzemy ślub w przyszłym tygodniu, będę żył w poligamii. 8)
- Owce. Wrrrróć, owoce! Śliwki i winogrona nie cieszą się zbytnią popularnością – i bardzo dobrze, skwapliwie to wykorzystuję. Natomiast widziałem już ludzi zasuwających z talerzami truskawek, ciekawe skąd je wytrzasnęli…
- Desery. To tak żeby dobić próbującego się wyturlać człowieka. Ciacho? Lodzika? Batonika? Mały miętowy opłatek?
A są jeszcze minikuchnie na każdym piętrze…