Lost in translation, część druga

  • Dublińscy taksówkarze nie znają miasta. Przykre lecz prawdziwe, tutaj nie można liczyć na taksówkę w momencie gdy się zgubimy.
  • Linię DARTa projektował romantyk – w sporej części biegnie brzegiem morza, dzięki czemu pasażerowie mogą liczyć na piękne widoki. Szkoda że dzięki temu zbiera tylko połowę potencjalnych pasażerów.
  • Przechodzenie na czerwonym świetle to norma, przechodząc na zielonym można wpaść pod samochód. I nie można mieć pretensji, w końcu piesi się tutaj tak nie zachowują!
  • Przystanki nie mają ławeczek. Wiata tak, siedzisko nie. A jak jest siedzisko, to nie jest pod wiatą.
  • Ludzie siadają na ziemi, opierają się o różne rzeczy, zalegają po murkach. Statystycznie częściej, znaczy się. Widok pani biznesmen siedzącej na glebie na peronie DARTa, poprawiającej makijaż – bezcenny.
  • W sklepach mają tutaj muffins czyli babeczki. W tym również czekoladowe. Triple chocolate muffin bije na głowę wszystko co do tej pory widziałem.

Boskie!

Więcej tu. Ja chcę taki interfejs do komputera!

Tak, wiem, byłby bezużyteczny z racji <tu wstawić listę powodów>. Pomarzyć nie wolno? :)

Trywialnie

iSuck

A przynajmniej tak się dziś czuje.

Finalny numer telefonu

Że też jeszcze nie podałem.  Oto przepis:

  • bierzemy stary numer telefonu – ten co to zaczyna się od 79 a kończy na 89
  • upewniamy się że na początku nie stoi +48
  • dodajemy do niego 69959984
  • doczepiamy na początku +353

Voila!

Especially for my dear friend…

Patrz Agato, i podziwiaj.

Obca planeta!

Trafiłem dzisiaj wieczorem na obcą planetę. Kolory odmienne od naszych, przykładowo podłoże mieniło się szmaragdem:

Zielone podłoże

Kolor niby ładny, ale poczułem się nieswojo. Lekko zaniepokojony spojrzałem nieco wyżej – tam sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Z orbitującego nad miastem satelity ktoś pozrzucał gigantyczne zapałki, które powbijane tu i ówdzie żarzyły się niemrawo:

Atak kosmicznych zapałek!

Nie wyglądało to zbyt wesoło. Szczęśliwie droga – być może do wyjścia – była wyraźnie oznaczona:

Pas startowy czy droga ewakuacyjna?

Pozostała mi tylko do rozstrzygnięcia jedna kwestia – jak wyminąć siedzące chmarami na drzewach świetliste punkty? Ani chybi czyhały tylko na moją pomyłkę…

Świetliste zabójcze punkty z Urana

Moja lewa stopa

Boli. Coś nowego, zawsze problemy były z prawą. Podejrzewam że to wynik połączenia DDRa z codziennym przemierzaniem ~3km z/do DARTa. Nie, to nie oznacza że szalałem jak szatan na DDRze, po prostu jak człowiek się dawno nie ruszał, to mięśnie adekwatne po rozruszaniu bolą. Zawsze. Nieprzyjemne w każdym razie.

Każdy szanujący się pracownik firmy prędzej czy później pisze o jedzeniu. No to ja też napiszę. W naszym biurze są dwie stołówki – po jednej na każdy budynek. Jedna większa, druga mniejsza. Mniejsza nie ma tak dużego wyboru, ale za to ma grille do kanapek, no i oczywiście sushi! Ale niezależnie od tego, stołówki są mega, a oto dlaczego:

  • Do wyboru, do koloru, “głównych” dań codziennie znajdzie się z 5 różnych.  Przy czym część jest prezentowana w cyklu “Z garnkiem dookoła świata”, czyli potrawy z danego rejonu globu. Dnia “polskiego” jeszcze nie widziałem, będzie bigos, schabowy i kopytka? :) Inna sprawa że to potrafi być nieco niebezpieczne, bo nakłada sobie człowiek czegoś co wygląda jak fasolka, a okazuje się to być skomplikowaną potrawą Indian Hopi z mąki i insektów. Niekiedy bywa zdradliwie. Niekiedy z kolei – obrzydliwie ale smakowicie.
  • Własnoręczne nakładanie – to daje baaaardzo duże możliwości wyboru. Dzięki temu mogę mieć obiad dosyć fantazyjnie skomponowany, i mam tu raczej na myśli różnorodność kombinacji, a nie podejście brute-force w stylu “nałożymy wszystkiego po łyżce…”. Najbardziej oczywisty zysk? Obiad zawierający zarówno rybę jak i mięso!
  • Zupa. Tak, tu nie ma wyboru – jest jedna! Oburzające, prawda? :P
  • Bar sałatkowy – dużo różnych różności, z czego moim osobistym faworytem są krewetki oraz taka zabawna mieszanina sera z minipomidorami. Dobre do każdego dania. I sos. I oliwki. I pieczarki. I sery. I ryby. I…
  • Sushi (przecież to jest oczywiste, prawda?). Powiedzmy sobie szczerze, Sakana to to nie jest, ale i tak imponująco. Mniej więcej pięć, sześć różnych rodzajów, maki, nigiri, california, czasami jakiś fikuśny konstrukt — np. kulki ryżowe z macką na czubku, albo kieszonki z ikrą. Staram się jak mogę by nie było to podstawą każdego mojego posiłku, ale przecież te pojemniczki “na później” stojące obok sushi aż się proszą o wypełnienie. Oczywiście pałeczki, wasabi i gari też są. I dwa rodzaje sosu sojowego…
  • Bar kanapkowy. Kilka takich grilli, buły, zawartość do buł. Skorzystałem tylko raz, chyba wrodzone lenistwo nie pozwala mi czekać zbyt długo na jedzenie.
  • Napoje. Rozmaite, ale największą miłością darzę automat przerabiający pomarańcze na sok. Bierzemy ślub w przyszłym tygodniu, będę żył w poligamii. 8)
  • Owce. Wrrrróć, owoce! Śliwki i winogrona nie cieszą się zbytnią popularnością – i bardzo dobrze, skwapliwie to wykorzystuję. Natomiast widziałem już ludzi zasuwających z talerzami truskawek, ciekawe skąd je wytrzasnęli…
  • Desery. To tak żeby dobić próbującego się wyturlać człowieka. Ciacho? Lodzika? Batonika? Mały miętowy opłatek?

A są jeszcze minikuchnie na każdym piętrze…

It’s peanut butter jelly time!

No i co?

  • głos oddany;
  • ucho odetkane, zapalenia nie ma, radość i stereo zapanowały w głowie mojej (i -70 EUR, niech no ja znajdę ten formularz do zwrotu kasy…);
  • Resident Evil: Extinction obejrzane – tak, wiem, no ale czymś trzeba było czas zabić. Szkoda że The Dark is Rising było ciut za późno, tam gra Dr. Who!
  • DDR wyskakany – nowy wpis na automacie, z powrotem człowiek do normy wraca;
  • kuciak dzibami zjedzony;
  • chiński market tudzież japońskie knajpy obejrzane, umiejscowienie zapamiętane – no, nie do końca, Toshii, zrób mi mapkę!
  • kolejka pod ambasadą superwielka – znaczy się, ludzie chcą głosować!
  • wyniki głosowania pozytywne;

Czyli co, cieszymy się?

Jedyny minus to ta pustka i pajęczyny w portfelu. Ale już niedługo.

Nigdy nie przypuszczałem

…że mi się tak jakiś tam Linkin Park spodoba, phi (Ban, podziwiaj, no!).

Tzn. muzyka jak muzyka, historyjka jak historyjka, ale słowa poniekąd prawdziwe.