Ano wyladowal. Szczesliwie, calo. I bez pliterek – obecny tu gnom ubuntu nie daje sie przekonac ze pliterki dobre. Niewazne to jest, jutro bede mial swoj komputer.
Zacznijmy od tego ze moja szanowna Rodzina zrobila mi niespodzianke – rodzice + brat przyjechali mnie pozegnac. Nie spodziewalem sie, bardzo dziekuje, bardzo mila niespodzianka :D
Sama droga uplynela dosyc szybko – jedynym zgrzytem byla dwojka dzieciakow umiejscowiona dokladnie za mna. Same dzieci mi nie przeszkadzaja, ale dzieci ktore stepuja przy wtorze dzikich okrzykow + rodzicielka ktora koordynuje je ostrymi komendami – to jest juz pewna niedogodnoscia. Nic to. Dolecialem.
Z lotniska zgarnal mnie umowiony uprzednio kierowca. Rodowity Dublinczyk, z rownie rodowitym akcentem. Wyzwanie dla parsera. Troche czulem sie nieswojo siedzac po lewej stronie samochodu bez kierownicy przed soba, ale na szczescie szybko to minelo. Objechalismy spory kawalek miasta, obejrzalem sobie to i owo – znalazlem ciekawie wygladajaca dzielnice. Oczywiscie zapomnialem jej nazwy, ale spojrze na mape to sobie przypomne.
Hotel – grunt ze ma wifi :) Pokoj jak pokoj, w lazience oczywiscie umywalka z dwoma kurkami (woe upon them!). Rozpakowalem sie, sprawdzilem poziom sygnalu i pognalem na dol do komputera z Ubuntu tu stojacym. I efektem tego jest wlasnie ta notka :)
Co dalej? Dzis to juz chyba niewiele – organizm domaga sie snu po tych wszystkich emocjach. No i jakiegos posilku, zaraz pojde cos upolowac.
I juz za wszystkim tesknie… :)
