*kaszl*kaszl*

UWAGA! GROŹNA CHOROBA ZAKAŹNA!

Jakiś czas temu pod wpływem minirecenzji znajomej powędrowaliśmy na wystawę ludzkich preparatów, Bodies. Wczoraj, by kontynować trend biologiczny, odwiedziliśmy “INFECTIOUS!”. Wystawa zorganizowana przez Trinity College, miała na celu pokazać różne ciekawe aspekty chorób zakaźnych.

Jaki werdykt? Cóż, królowa jest ponownie zachwycona. Przy wejściu każdy zwiedzający dostaje smycz z czipem RFID. Lampka podpięta do tego czipa pokazuje stan zdrowia zwiedzającego — jeżeli mruga w szybkim tempie, oznacza to że dopadł nas unoszący się w “eterze” wirus. Nosicielami są albo inni zakażeni, albo — podstępnie — wystawki z wirusami, za którymi sprytnie schowano RFID siejący “wirusem” wśród zwiedzających. Na terenie wystawy wiszą wielkie ekrany pokazujące stan i położenie obecnych na terenie ludzi — kropka czerwona oznacza nosiciela, zielona — osobę zdrową. Świetny pomysł, przez pierwsze piętnaście minut uciekaliśmy przed nosicielami, dopytując się obsługi gdzie tu rozdają niezbędne w tego typu przypadkach shotguny i miotacze ognia. Potem zaraziłem się od galerii płytek z kulturami bakterii, ode mnie wirusa podchwycili inni, i zaczęliśmy chodzić dookoła wysysając ludziom mózgi. Epizod z wirusem zakończyła wizyta w stacji dezynfekującej na piętrze — nadajnik, ekran LCD, na ekranie napis healer.

Sama wystawa była ciekawa, ale nieco maława. Na plus należy zaliczyć jej interaktywność, praktycznie każde stanowisko oferowało jakąś możliwość zabawy. Były rozwielitki generujące muzykę (różna muzyka w zależności od stopnia/rodzaju zakażenia), możliwość wyizolowania (i przebadania) kawałka swojego DNA (mieli laboratorium robiące polimerazę łańcuchową :), automatyczny instruktor mycia rąk, symulacja rozchodzenia się choroby zakaźnej po świecie i wiele innych tego typu zabawek. Niezwiązana chyba z wystawą była minigra, zrealizowana na bazie elektroencefalogramu — wygrywał najbardziej bezmyś… eee… wyluzowany zawodnik. Wygrałem! :)

Bardzo dobra rzecz. Szczerze polecam każdemu kto będzie miał okazję. Otwarte do 17go lipca tego roku.

Tymczasem w nie do końca tajnej bazie najeźdźców…

— Szefie! Szefie!

— Co znowu?!

— A jak się spiszę na misji to awansuję na drugą rangę…?

Obcy

Pikowycieczka

W tym tygodniu mało czasu, to i wycieczka mała.

Pogoda nie mogła się zdecydować w niedzielę, więc pojechaliśmy na krótką wycieczkę. Tuż pod Dublinem stoi sobie brytyjska twierdza Powerscourt. To znaczy, twierdzą było toto w XIV wieku, gdy przeznaczenie budowli było całkiem konkretne — Irlandczycy ją oblegali, a Brytyjczycy z niej rzeczonych Irlandczyków gnębili. Od tego czasu sporo się zmieniło, zamek zamienił się w pałac, dookoła wyrósł ogród pełen roślin i rozpusty. Przemykając pomiędzy przelotnymi opadami pstryknęliśmy parę fotek do oglądania których zapraszam.

“Patriotycznie”

Tylko do czego ci w tym potrzebny jakiś “naród”?
[...]
Zawsze gdy przechodzę obok tych pomników… “Polegli za wolność naszą i waszą”, “W obronie ojczyzny”, “Za niepodległą Polskę”… Rany boskie, czy jest w ogóle coś bardziej idiotycznego? Ludzie wyjeżdżają, osiedlają się w Anglii, Hiszpanii, Holandii, Ameryce, znajomy ożenił się z dziewczyną z Nowej Zelandii — ważne jest JAK, nie GDZIE, gdzie zaniosą cię namiętności, praca, los; tam. Co to ma za znaczenie, pod jaką flagą, jakim rządem, jakim językiem żyć ci przyszło, jaką pieczątkę biją ci w papiery i jakie słowo wpisują w rubryce “narodowość”? Toż trzeba by być socjopatą! Życie to jest co innego: twoi rodzice, dom, nachylające się nad tobą twarze, dzieciństwo i młodość, przyjaciele i znajomi, ludzie i uczucia między ludźmi, twoje życie, jaki zawód wybierzesz, jakie książki, filmy, potrawy lubisz, czy spoglądasz nocą w niebo, czy zasypiasz na łące pod kwiatami, czy odurzył cię zapach lasu, co zapamiętasz, twoje życie, kilka osób, kilka przedmiotów, kilka miejsc, żona, dzieci, kilka osób, które kochasz i które ciebie kochają, i żebyś mógł zapewnić im szczęście, widział, jak dorastają, starzeją się, dał, co najlepsze, wziął, co najlepsze, żeby wnuki twoją twarz nad sobą widziały i żeby tak się domknęło, kilka osób, kilka przedmiotów, kilka miejsc, twoje życie. Coś kruchego, bezbronnego, niemowle ukryje w swojej dłoni. W jakie szaleństwo, w jaką chorobę umysłu trzeba zapaść, żeby to odrzucić, zdeptać, zniszczyć – dla tych paru słów, kolorów i pieczątek, dla nazw! Jak ci kibole pierdolnięci, co się pałują i rżną w obronie “honoru” swojego klubu — tylko że kibole narodowi mają jeszcze większego świra i tu zawsze idzie zadyma na śmierć i życie. Wyrzuć to z siebie! “My”, “oni” — do niczego ci to nie potrzebne! Masz tylko swoje życie.

Chyba Dukaj. Nie pamiętam konkretów. Kiedyś miałem to na “stronie domowej”. Dalej prawdziwe.

Obcy wylądowali!

Najpierw pan Wells napisał książkę. Potem Orson Welles podstępnie pomieszał ludziom w głowach słuchowiskiem. A jeszcze później przyszedł Jeff Wayne i zaklął całą historię w dwupłytowy album. W zeszłym roku albumowi stuknęła trzydziecha, i na tę okazję zorganizowano Nową Ulepszoną Wersję Na Żywo. Poszliśmy obejrzeć.

Zdjęć nie ma, bo aparat został w domu. Trochę szkoda, ale z drugiej strony, gdybym wziął aparat to nie bawiłbym się tak dobrze. Muzyka dalej bardzo dobra, smyczki przepięknie kłóciły się z gitarami. Alien walker omiatał zabójczym promieniem widownię, w powietrzu wirowały jesienne liście a wszystko owinięte było wielce zgrabnymi animacjami. Sala pełna, 9,5 tysiąca osób przyszło dać się spalić Marsjanom. A średnia wieku spokojnie pod trzydziestkę… :)

Bardzo dobra rzecz. Parę niedociągnięć im się przydarzyło, ale poza tym zdecydowanie wydarzenie warte obejrzenia. Na koncercie obecni byli ludzie z Concert Live, którzy odgrażali się że już w parę minut po zakończeniu spektaklu będzie można nabyć płyty z nagraniem. Owszem, kolejka była spora… moja kopia przyjdzie pocztą.

Mniam.

Bo Guiness to dobre piwo

Przegląd jutuba, część siedemdziesiąta czwarta, kategoria “niekoniecznie do oglądania w pracy”.

Znajomy podrzucił. Mega :D

Meatloaf opowiada swą historię

Pewien człowiek wziął w swoje ręce słynny teledysk, gdzie artysta mówi że za miłość to on by wszystko zrobił. Obejrzał po czym stwierdził że słowa to jakieś takie… nudne są.  Ponieważ jednocześnie był przeciwnikiem metafor, stwierdził że nowy zestaw słów powinien być bardziej dosłowny. Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania:

Abstrahując od tego że jest to śmieszne, cały czas, nawet po 10tym obejrzeniu, to bardzo lubię takie projekty. Też się lubie bawić słowami i melodią, może z niekoniecznie tak dobrymi efektami.

Smacznego.

Kildare

Długi weekend¹, nie?

Reszta fotek tu.

Pojechaliśmy na wycieczkę do Kildare. Wróć, w sumie to nie do Kildare, tylko do okolic rzeczonego. Chociaż nie, tak naprawdę to mieliśmy pojechać obejrzeć równinę. Równina z ręki nie chciała jeść, więc odwiedziliśmy ogród japoński. Niewiele większy od tego wrocławskiego, ale wyposażony w widoczny i ciekawy koncept. Początkowo chciałem ulotkę z planem zwiedzania wyrzucić w diabły, ale okazało się że zawarty w niej plan zwiedzania podbija atrakcyjność miejsca :) Standardowo oczywiście było w środku pełno ludzi… włączając w to ruchome studio fotograficzne. Weselne. Mówiące po polsku. Zupełnie jak we Wrocławiu :D

Po ogrodzie japońskim przegalopowaliśmy jeszcze przez sąsiadujący z nim ogród świętego Fiakriusza, oraz kawałek stadniny. Ładnie, zielono, kwiatki i takie tam. W drodze powrotnej prześlizgnęliśmy się przez Curragh i pagóry Wicklow.

Straszny upał (czytaj: 21°C) zapanował, wszyscy szczęśliwi. Mam nadzieję że jakieś chmurki wkrótce przypłyną, bo to przecież tak niezdrowo, nic tylko słońce i słońce…

¹ W sumie, to bardzo pragmatyczne podejście, organizować święta tak, by były to poniedziałki.

Dyktando

Dawno temu było sobie takie czasopismo jak “Mała Fantastyka”. W którymś numerze rzeczonego na tylniej stronie okładki znalazło się takie oto dyktando, autorstwa Wiesława Studenckiego.

Jerzy w jeżyn wierzył moc
Więc gdy przyszła ciemna noc
Chyżo mężnie w las pobieżył
(Las zaś rósł przy Białowieży)
Zebrał jeżyn pełną krużę
Zamrożone dodał róże
Po czym włożył to do dzieży
(Którą kupił był w Chodzieży)
Zzuwszy z stóp swych żółte ciżmy
Z żółcią zmieszał trochę piżma
Wrzucił garść źrzałego zboża
Urżnął żołądź ostrzem noża
Móżdżek żołny wrzepił kobrze
Różdżką strząsnął żebro bobrze
Żagwią żgnął gżegżółkę w pierze
Z etażerki dwa więcierze
Zdjął i piegżę w nie włożywszy
(Dziwak był to najprawdziwszy…)
Żółwie smażyć jął na rożnie
Gdy je podgrzał, wbił ostrożnie
Żółtko, wszystko zmieszał w dzieży
I rozdziawszy się z odzieży
Legł żarliwie na rogoży
O Północy żarcie spożył
Nadto, choć dziś to przeżytek
Gar żętycy zagryzł żytem
Z tym przesadził wszakże Jerzy
Wkrótce zszedł na jelit nieżyt
Zdążył jeszcze przestrzec żonę
“Nie żryj jeżyn, są skażone!”
Lecz odpowiedz mi, młodzieży:
Przez jeżyny Jerzy nie żył?

Prawda że ładne?

Kręcić korbą!

Miałem nic nie pisać o pewnej sprawie którą ostatnio wszyscy się emocjonują, i dzielnie wytrzymywałem. Do tej pory. Teraz napiszę teraz tylko tyle, że tu przeczytacie bardzo dobry komentarz do tego wszystkiego. I nie, nie tyczy się on prywatności w sieci, etyki dziennikarskiej, polityki czy innych tych dyrdymałów którymi ostatnio łechtały się nawzajem gazety i dzienniki.